Mogłoby się wydawać, że w czasach, w których wysyłamy sondy w kosmos i tworzymy sztuczną inteligencję, nowoczesny wózek inwalidzki nie powinien być czymś niezwykłym.
Wózki sterowane gestem, ultralekkie konstrukcje, nowoczesne baterie czy podnośniki podnoszące użytkownika wyżej niż pozwala na to wzrok. Owszem, takie rozwiązania istnieją, ale w praktyce często pozostają tylko ciekawostką. Rynek zdaje się wciąż kierować „bezpiecznym standardem”, a nie indywidualnymi potrzebami użytkowników.
Ta rzeczywistość bardzo dobrze znana jest pewnej pacjentce, która kilka lat temu rozpoczęła poszukiwania idealnego wózka. W rozmowie z dystrybutorem usłyszała wtedy zdanie, które zostało z nią na długo: „Każdy chce taki wózek, jaki ma sąsiad.”
Jej konkretne potrzeby i związane z nimi marzenia wywołały zdziwienie na twarzy. Zamiast otwartości i gotowości do szukania rozwiązań pojawiła się sugestia, że „lepiej nie wychylać się ponad standard”.
Rynek niby nowoczesny, ale w praktyce pełen ograniczeń
Na świecie pokazuje się coraz więcej innowacyjnych projektów, które są lekkie, zwrotne i wyposażone w nowe systemy sterowania oraz zdolność pokonywania schodów. Jednak w codzienności użytkowników nadal dominuje archaiczna klasyka. Prawda jest taka, że wiele modeli projektuje się nie „pod człowieka”, ale „pod konfigurator” i możliwości producenta.
Pacjentka przekonała się o tym szczególnie mocno, gdy ponownie zaczęła szukać wózka spełniającego jej oczekiwania. Potrzebowała sprzętu, który byłby:
- lżejszy niż 150 kg (takie wymogi stawiają tanie linie lotnicze),
- z dużym zasięgiem, pozwalającym na długie spacery,
- z funkcją podnoszenia, umożliwiającą sięganie wyżej.
Okazało się, że choć dostępne są nowoczesne i wydajniejsze akumulatory, wielu producentów w ogóle ich nie rozważa. Nawet wtedy, gdy użytkownik chce odciążyć wózek i zrezygnować z pewnych elementów, systemy zamówień po prostu nie pozwalają tego zrobić. Sprzedawcy potrafią przyznać, że dane części można zdemontować, ale wcześniej i tak trzeba za nie zapłacić, bo „tak działa konfigurator”.
Innowacyjny sprzęt nie dla wszystkich
Występują sytuacje, że dany model, który działa u jednej osoby, nagle „nie spełnia standardów” u innej, mimo że wymagania są identyczne. Nierzadko też się zdarza, że producent odmawia wprowadzenia modyfikacji, które wcześniej sam wykonał dla innego pacjenta. A jego argumentem jest: „teraz już się tak nie da”.
Takie sytuacje pokazują, jak trudnym polem wciąż jest rynek wózków inwalidzkich. Jest to obszar pełen formalnych ograniczeń, braku elastyczności i – w wielu przypadkach – zwykłej niechęci do zmian.
Zapraszamy do zapoznania się z bogatą ofertą elektrycznych wózków inwalidzkich z refundacją NFZ.
Marzenia użytkowników to rozwój rynku
Jednak warto zaznaczyć, iż nie jest tak, że wszystko wygląda wyłącznie pesymistycznie. Coraz częściej pojawiają się miejsca i firmy, które myślą odważniej, są otwarte na indywidualne potrzeby i chcą tworzyć wózki naprawdę „szyte na miarę”. To dzięki nim osoby z niepełnosprawnością mogą realnie marzyć o wygodniejszej i niezależnej codzienności.
Dlaczego jednak ten rozwój wciąż bywa wolniejszy niż w innych branżach technologicznych? Jak zauważył dr inż. Wieczorek z Politechniki Poznańskiej, problemem jest m.in. to, że wiele firm produkujących sprzęt rehabilitacyjny w Polsce to małe przedsiębiorstwa. Wprowadzenie nowego produktu oznacza dla nich duże koszty, inwestycję i ryzyko, A jak wiadomo, to często zniechęca do odważnych kroków.
Wniosek?
Faktem jest, że potrzeby użytkowników są ogromnym potencjałem rozwojowym. Natomiast indywidualne wymagania wcale nie powinny być tutaj przeszkodą, lecz impulsem do innowacji. Im więcej producentów będzie gotowych na słuchanie pacjentów, tym szybciej „standard” przestanie oznaczać „ograniczenie”. I w końcu zacznie oznaczać realny komfort życia.





